Filmy Bartkowiak, w reżyserii Daniela Markowicza, oraz nowa produkcja z Jean-Claude Van Damme’em dostepne są na Netflixie. Ale tylko dla widzów o mocnych nerwach.

Netflix przysłał mi dziś maila, żebym nie zapomniał dokończyc oglądania Ostatniego najemnika (The Last mercenary), czyli nowej produkcji tej platformy z Jean-Clade Van Dammem w roli głównej. Wolałbym jednak raczej spędzić półtorej godziny na oglądaniu rosnącej trawy, niż wracać do dzieła Davida Charhona. Tym trudniej mi to mówić, że po zwiastunie, który Netflix pokazał na Geeked Week, naprawdę chciałem to obejrzeć.

Zwiastun, który Netflix pokazał kilka tygodni wcześniej, zapowiadał coś w rodzaju komedii sensacyjnej w której, dziś już 60-letni, Van Damme troszkę nabija się z samego siebie. Liczyłem na coś w rodzaju The Expendables, ale oczywiście nie z takim rozmachem. Chciałem jednak obejrzeć szpagaty, kopnięcia i trochę humoru, a że Netflix dysponuje środkami, to miałem nadzieję na dobrą zabawę i być może nawet lepsze kino, niż JCVD z 2008 roku na którym bawiłem sie dość dobrze. Zamiast tego dostałem produkt filmopodobny, któremu zdecydowanie bliżej do Kickboxer: Retaliation z 2018 roku, czy Jean-Claude Van Johnson, serialu Amazona z 2017 roku, czyli produkcji, które były totalną szmirą i nienadającymi sie do oglądania gniotami. Więcej krytycznych przymiotników mógłbym napisać, gdybym tylko oglądał ten film dłużej, niż pół godziny. Na swoje szczęście tak nie było i Ostatni najemnik dołącza do niezwykle wąskiego grona filmów, których w swoim życiu nie zdołałem obejrzeć do końca, bo były po prostu tak złe. Co ciekawe, ostatnim filmem z tego grona była również produkcja z Van Dammem. Był to Obóz integracyjny z 2013 roku. Dla własnego dobra, trzymajcie się od tych filmów z daleka.

No to może Bartkowiak

Netflix to w ogóle ciekawa historia. Dobre filmy produkcji tej platformy możnaby policzyć chyba na palcach jednej ręki. I co do kolejnego tytułu, który miał mieć w tle pojedynki na pięści i kopnięcia, również nie miałem zbyt wielu oczekiwań. Zwabiły mnie jednak dwie rzeczy. To, że jest to polska produkcja oraz obsada. W filmie Bartkowiak, w reżyserii Daniela Markowicza, wystepują Józef Pawłowski, Zofia Domalik, Szymon Bobrowski, Bartłomiej Topa i Janusz Chabior (miedzy innymi i przede wszystkim).

Bartkowiak to przykład, że nawet Topa i Chabior nie uratują potwornie słabego scenariusza i reżyserii. Ta produkcja to zmarnowane kolejne półtorej godziny naszego cennego życia. Sztampowa historia o złych deweloperach gangsterach, którzy wykupują groźbą i siłą biednych sklepikarzy, a na ich drodze staje były zwodnik MMA, którego nie da się ani zastraszyć, ani zlikwidować, bo przecież zna go pół Polski, a innych można mordować strzałem w głowę i do Wisły, jest tak głupia, niespójna i nielogiczna, że trudno usiedzieć w fotelu. To mogło działać we wczesnych latach 90. kiedy byliśmy spragnieni każdego filmowego dzieła, jakiekolwiek by ono nie było. Ale na Boga, mamy rok 2021. No i Józef Pawlowski, który z pewnością jest sympatycznym człowiekiem i być może nawet dobrym aktorem, ale obsadzenie go w roli zawodnika MMA to jest jakieś, nomen omen, mawashi geri, wykonane prosto w głowę widzów. Mogło być jednak gorzej, bo ktoś mógł przecież obsadzić w tej roli Jakuba Wesołowskiego. Bartkowiak ma jednak jedną przewagę nad Ostatnim najemnikiem. Obejrzałem go do końca, ale Wam nie polecam.

Gdybym obu tym filmidłom Netflixa miał wystawiać noty, to w 10-cio stopniowej skali kinomaniaka Ostatni najemnik dostałby 2, a Bartkowiak 3. 

{loadmoduleid 1126}